Quantcast
księga gości


2011
maj
kwiecień
2010
lipiec
styczeń
2009
czerwiec
maj
marzec
2008
listopad
wrzesień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
2006
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj



Twórczość fanowska
Klub Viridian na DeviantArt czyli artystyczna działalność fanowska
Viridianowy ownlog powstały z inicjatywy fanów :)

Przyjaciele, kumple, znajomi
Only Good Music nowości ze świata ciężkiej muzyki w formie bloga
muzyka.waw.pl Tu dowiesz się, co, gdzie i za ile gra w Warszawie
Oneiros World of Darkness po polsku (by Kastor)
Killerrabbit Królik Zespołowy
Fianna Przyjazna nam, ruda dusza :)
Lucyfrecja Blog znajomej z naszego Forum

Współtwórcy
June & July Fotki, fotki, fotki!
Foto Fianna czyli Fianna robi zdjęcia :)
Kochan z Drewna czyli blog Kniazia :)
Mizra Fotolog Jeszcze jeden dyżurny fotograf i przyjaciółka w jednym
Maro Fotolog Zdjęcia naszego dyżurnego fotografa - Viridian i nie tylko.

My
Viridian na Youtube nasz oficjalny kanał video z klipami i innymi smaczkami
Viridian na SellaBand Pomóżcie nam nagrać płytę :)
Viridian na Myspace Nasz profil na popularnym ostatnio MySpace (w tym MP3 w pełnych wersjach)
Leaf na DeviAntart Graficzna twórczośc Niny
Filkotny Wokalistka i roadie :)
Forum Viridian Zajrzyjcie i pogadajcie!
Viridian strona domowa - newsy, materiały, galerie





BLOG











Viridian na emigracji
Odkąd przeprowadziliśmy się do Londynu, udało się nam wybadać nieco rynek i znaleźć nowego basistę. Basista, Marcin "Chopin" Szopiński, jest wprawdzie gitarzystą i to niezłym, ale u nas postanowił poudzielać się na grubszych strunach.
Problem w tym, że bębniarzy wybiła chyba jakaś specyficzna zaraza... -_-'
Skoro zaś Sephiroth na razie zajęty jest doktoryzowaniem się w Warszawie i nie może nam klawiszować, próbujemy też znaleźć kogoś na parapet.
Poza tym mamy już cieplutką wiosnę, ptaki śpiewają, słońce świeci jak oszalałe, a od jutra idę na zajęcia z tańca brzucha :)

Pozdrowienia
Liściasta
2011-04-09 21:12:15 skomentuj (0)


Oswajanie
Powoli oswajam się z miastem: cenami, ruchem, tłokiem, komunikacją miejską. Faza ma już lokalny numer komórki. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, we wtorek przeprowadzimy się do nowego mieszkania, w którym nie będziemy musieli się już gnieść jak sardynki w puszce.

Obejrzeliśmy mniej miasta, niż można było się spodziewać biorąc pod uwagę nasze początkowe tempo zwiedzania. Moje wymarzone Muzeum Historii Naturalnej obwąchałam tylko z zewnątrz, gdyż masa ludzi tłoczących się przed wejściem sugerowała nieprzyzwoity czas oczekiwania. Wstąpiliśmy jednak do Muzeum Nauki, gdzie rozejrzeliśmy się dość pobieżnie. Planujemy wybrać sie tam jeszcze raz, z zapasem czasu, bo jest na co popatrzeć.

Wkręciliśmy się w internetową grupę londyńskich mroków i poznaliśmy trochę ludzi, dzięki czemu zaliczyliśmy już dwie imprezy gotyckie. Przeciętna wejściówka na taką imprezę kosztuje od 4 do 7 funtów, w zależności od miejsca. W najbliższy weekend dwa kolejne spotkania, na szczęście tym razem darmowe.

Faza chorował przez ostatnich kilka dni, zresztą ciągle jeszcze prycha. Przypuszczam jednak, ze będzie żył. Ja zaś zaczęłam powoli kręcić się za makijażową klientelą, na razie skromnie, na próbę, ponieważ nie mam jeszcze własnej działalności, a nie chcę robić na czarno, jeśli nie muszę. Zresztą najpierw trzeba ludzi do siebie przekonać i zbudować jakąś opinię. Ćwiczyć zamierzam, rzecz jasna, na nowych znajomych z grupy. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Jak tylko ogarniemy przeprowadzkę Liść będzie musiał pozałatwiać sobie rozmaite formalności związane z przyszłą pracą. Ugh... już mi ciary chodzą po plecach...

Pozdrowienia z niezbyt upalnego Londynu
Liściasta
2010-07-22 22:17:53 skomentuj (3)


Londyn
  Słowo się rzekło, wywiało nas (mnie i Fazę) (WRESZCIE) do Londynu.
  Przylecieliśmy w sobotę, zakwaterowaliśmy się w niebieskiej kawalerce i... no i jesteśmy.
 
  Zasadniczo naszym celem jest znalezienie tutaj:
- stałego mieszkania
- pracy
- muzyków do Viridian
więc trzymajcie za nas kciuki.

  Zwiedzanie rozpoczęliśmy już w niedzielę, a ponieważ pogoda była ładna (zresztą nadal jest niezgorsza), udało mi się podsmażyć na czerwono.

Do dziś udało nam się obejrzeć od wewnątrz i (przeważnie) od zewnątrz: Hyde Park, London Eye, Katredrę Św. Pawła, Trafalgar Square, Tate Modern (muzeum sztuki współczesnej), Shakespeare's Globe Theatre, Camden Town i parę innych, mniej istotnych miejsc.
  Złaziliśmy się jak dzicy i w środę, z pewną ulgą zostaliśmy już w domu, szukając ogłoszeń natury mieszkaniowej.

Spostrzeżenia Liściastej:

  Czas na jakies moje osobiste wynurzenia, jakieś odczucia, czy coś.
  No więc: podoba mi się. Podoba mi się, ale tęsknię za domem. Co gorsza, nie bardzo wolno mi tęsknić, bo cholera wie, kiedy przyjadę w jakieś odwiedziny. Nieprędko zapewne. A co do samego Londynu...
  Jest wielki, ale nie w monumentalny sposób. Wszystko co nie jest centrum, albo jakimś ważnym węzłem, placem, miejscem  jest raczej małe, wąskie, niskie i w dużej mierze ozdobne, albo przypomina... Piaseczno, czy inny Wołomin.
Metro, ku mojemu zdumieniu, w ogóle nie przypomina metra, bardziej klaustrofobiczną kolejkę. No i jest podziemno-nadziemne. W porównaniu z londyńskim nasze metro jest czyste, nowoczesne i przestronne. Muszę dodać, że ulice miasta również. Londyn jest miejscami przerażająco wręcz brudny. Deptak na nabrzeżu to koszmar. Zaśmiecone, zaplute chodniki, nikła ilość koszy na śmieci, WSZĘDZIE niedopałki po papierosach. To był dla mnie spory szok, zwłaszcza po niemal równie gwarnej i zaludnionej Marsylii, gdzie można było niemal żreć z ziemi. Ale ma to swój klimat. Może i zastanowię się dwa razy, zanim usiądę na ławce nad Tamizą, bądź oprę ręce o balustradę, ale z drugiej strony ten kocioł, ta masa ludzi, ta mieszanina języków - mają swój niepowtarzalny czar.
  Przede wszystkim - w Londynie jest wszystko (nawet bułka tarta :D).
  Weszłam dziś do drogerii - osiedlówka, zakutana w chustę dziewczyna za ladą (Arabów, Hindusów i czarnych w naszej okolicy jest zatrzęsienie). Zapragnęłam kupić sobie farbę do włosów w jakimś dziwnym kolorze. Znalazłam półki z farbami i mnie zatkało. Był tam każdy, dowolny kolor od zwykłych po wymyślne, łącznie z niebieskim i zielonym. W dodatku pełno tresek, peruk, a nawet kolorowe szkła kontaktowe.
Wyszłam ze sklepu z wściekle różową farbą i juz nawet nieco sobie na łeb połozyłam, ale tylko w ramach testu, więc nie ma się czym chwalić.
  A skoro pisze już o sklepach: zaraz po drugiej stronie ulicy, bliziutko nas jest swoiste "centrum" polskie: biuro Gosia Travel :D, cośtam jeszcze i sklep spozywczy, w którym zaopatrujemy się w chleb, masło, czasem mleko. Jest nawet kawa Pedros, niestety, trochę chyba za droga, przy naszym spożyciu kawy. Nescafe wychodzi taniej.
Mamy też parę knajp i pubów, w tym jeden calkiem uczciwy irlandzki o wdzięcznej nazwie Angie's, w środku drewno, wypchane zwierzaki, Guinness, wyryte w drewnie hasło w gaeliku, a przy barze (i za barem) Irlandczycy.

Kończę na dziś - napiszę ponownie wkrótce. A na deser kilka fotek.

Nasza kuchnia
Faza turystycznie :)
Klasyczna panorama :D
Serpentyna, Hyde Park
Kwiatki w Hyde Parku
Lilie wodne tamże
London Eye od dołu
Dziabąg

Buziaki
Liściasta



2010-07-08 21:32:51 skomentuj (2)


Pożegnalny koncert Viridian
Dziś, 9.01. 2010, w klubie Crank, Viridian zagra pożegnalny koncert w ostatnim składzie. Gościnnie pojawi się też paru muzyków, którzy współpracowali z zespołem w przeszłości.
Zapraszamy!

Misjce: klub Crank, ul Racjonalizacji 7, Warszawa
Czas: 19:00 (start koncertu 20:00)
Cena: -


2010-01-09 09:59:04 skomentuj (1)


Viridian zostaje rozwiązany
W dniu wczorajszym podjęliśmy decyzję o rozwiązaniu zespołu.
Złożyło się na nią wiele czynników: brak zastępców na miejsca muzyków, którzy odeszli, brak motywacji do dalszej działalności, brak efektów działalności dotychczasowej, ogólna frustracja, zniechęcenie, zmęczenie materiału i zdrowy rozsądek.
Przez siedem lat istnienia udało nam się zgromadzić stałą grupę fanów i przyjaciół zespołu, zagrać sporo koncertów, sprzedać nieco naszych płyt. Zespół funkcjonował w jakiś sposób, ale ten poziom nam nie wystarczał. Problem polega na tym, ze nie radziliśmy sobie z własnoręcznym pchnięciem go na poziom wyższy, nie mieliśmy dobrego planu, ani,ostatnimi czasy, motywacji, by podejmować bardziej szeroko zakrojone działania. Nie radzilismy sobie z samym składem, co dopiero z promocją.
Odejście Avala i Tonica, tuż przed planowanym wejściem do studia, po raz kolejny cofnęło nas do punktu wyjścia i zmusiło do podjęcia kroków podstawowych, czyli skompletowania składu. Viridian zmieniał skład już kilkakrotnie. Można nawet rzec, że jest to jeden z naszych głównych problemów. Przez kapelę przewinęło się trzech perkusistów, trzech basistów, troje klawiszowców. Nigdy nie byliśmy pewni nie tylko tego, czy i kiedy ktoś znowu odejdzie, ale też czy i kiedy aktualni muzycy będą mieli ważniejsze rzeczy na głowie niż pojawienie się na próbie, czy zagranie koncertu. Nie zamierzam zwalać na nich winy, czy mieć do nich żal. Każdy musi jakoś żyć, czasem dwojąc się i trojąc. Ale oczywistym jest, ze nie jest przez to w stanie w pełni uczestniczyć w życiu zespołu, co udaremnia często właściwe funkcjonowanie.
Dlatego też Aval i Tonic wystąpili z szeregów Viridian, pozbawiając nas tym samym masy radości z grania.
Od tamtej pory częstotliwość prób (i tak dość rzadkich przez lwią część ostatniego roku) spadła poniżej dopuszczalnej normy, motywacja i zapał do pracy zaczęły plątać się w okolicy kostek.
Oczywiście nie tylko braki w składzie spowodowały decyzję o rozstaniu. Faktem jest też i to niewątpliwym, że Viridian nie miał na siebie sprecyzowanego pomysłu już od dłuższego czasu. Cierpielismy na chroniczny brak zorganizowania, bardzo kulała też idea wspólnego celu. Innymi słowy zespół przetarł się w okolicy szwów.
Kolejnym powodem rozpadu jest poczucie bezsensowności działania w naszym kraju. Nie byliśmy nigdy kapelą przeznaczoną na rynek polski, a zebranie składu gotowego do ekspansji poza granice ojczyzny jest z jakichś przyczyn wyjątkowo trudne.
Tak więc uznaliśmy, że Viridian w tej formie nie ma przed sobą przyszłości. Ciężko nam też było dojść do porozumienia odnośnie kierunku ewolucji naszej muzyki.
Z tych, a zapewne także innych przyczyn (które aktualnie wyleciały mi z głowy, lub są bez znaczenia), Viridian kończy działalność.
Wszystkim wiernym przyjaciołom, towarzyszom i fanom dziękujemy za siedem wspólnych lat.
Trzymajcie się ciepło.

Nina
2009-06-18 15:28:23 skomentuj (5)


Viridian poszukuje perkusisty i basisty
Po blisko dwóch latach współpracy nasz dotychczasowy basista, Aval opuścił zespół.
Również perkusista, Tonic, który grał od jesieni 2004, ma coraz mniej czasu, o ile w ogóle jeszcze jakiś.
Dlatego też Viridian rozpoczął aktywne poszukiwania sekcji rytmicznej.
Dotychczasowi muzycy ustawili poprzeczkę muzyczną, jak również towarzyską wysoko, niemniej mamy nadzieję, że rychło pojawią się następcy.
Dziękujemy Avalowi i Tonicowi za czas poświęcony zespołowi Viridian, za ich talent, zarówno muzyczny, jak i do rzucania głupich odzywek, dziękujemy tak za absurdalne poczucie humoru, jak i poważne podejście do tematu, kiedy sytuacja tego wymagała.
Gdyby nie fakt, że nie mamy innego wyjścia, nigdy byśmy ich z zespołu nie wypuścili.

Viridian
2009-05-20 14:25:25 skomentuj (1)


Viridian na Jango - odsłona druga.
Zebraliśmy 50 przychylnych opinii i teraz Viridian wszedł do darmowego obiegu. Jednak częstotliwość odtwarzania bazuje na popularności kapeli.  I tu możecie, jeśli chcecie, nam pomóc. Pozytywne opinie nadal się liczą. Ci którzy mają konta na Jango mogą dodawać nas do swoich stacji i oceniać pozytywnie. To zwiększy częstotliwość odtwarzania naszej muzyki, co pozwoli nam dotrzeć do większej ilości słuchaczy!
Pozdrawiam
Liściasta
2009-05-14 15:58:24 skomentuj (0)


Viridian na Jango
Viridian pojawił się ostatnio w kolejnym miejscu na sieci. Miejscem tym jest Jango, wynalazek dzięki któremu kapele mogą promować swoją twórczość i zbierać na jej temat opinie, ale nie tylko. Ogólnie rzecz biorąc Jango jest internetowym radiem, gdzie po zarejstrowaniu użytkownicy-słuchacze mogą ustalać swoje preferencje muzyczne i na ich podstawie generować własne stacje. Poza rozmaitymi zespołami, które, tak jak my, chcą ustalić stosunek ludzi do swojej twórczości i zebrac nowych fanów, Jango dysponuje cała masą popularnej i legalnej muzyki, którą można tam bez problemu wyszukać i odsłuchać.
Włączenie swoich utwórów do listy odtwarzania jest płatne. Wykonawca nieznany musi wyłożyć odpowiednią ilość pieniędzy, zeby zapewnić sobie odpowiednią ilość odtworzeń. Nie ma rady - promocja kosztuje. Na szczęście jest w tym ciasteczko. A nawet dwa. Na wstępie dostaje się pewną ilość odsłuchań za darmo "na rozruch". Drugie ciasteczko polega na tym, że po uzbieraniu 50 pozytywnych opinii od słuchaczy, utwór wchodzi do odtwarzania darmowego.
Tak więc, moi drodzy: zapraszam do zaglądania na naszą stronę na Jango i dorzucenia swoich trzech groszy do promocji  "Fool's Carnival", który umieściliśmy tam na pierwszy ogień. Wystarczy kliknąć na pojawiający się podczas odtwarzania znaczek kciuka do góry. Żeby zostać naszym fanem na Jango, trzeba się już zarejestrować, ale szczerze polecam założenie sobie na Jango konta słuchacza, bo jest tam w czym wybierać.

Pozdrawiam
Liściasta
2009-05-13 16:34:57 skomentuj (0)


Rider jednak jest ważny
Miło jest od czasu do czasu przeczytać coś, co pozytywnie nastraja do polskiego rynku muzycznego. Chciałbym wierzyć, że sprawa wytyczy nowe standardy organizacji koncertów. Oczywiście, zapewne minie nieco czasu, nim będzie u nas choć odrobinę normalniej.

O czym to ja piszę? O procesie wytoczonym przez Blue Cafe przeciwko Gminie Braniewo. Tło sprawy jest charakterystyczne dla tego jak w Polsce gra się koncerty: zespół przyjechał na sztukę i stwierdził, że nie ma gratów, choć była umowa, był rider i w riderze napisano czarne na białym co ma być. Zespół czekał do rozpoczęcia koncertu w nadziei, że organizator się ogarnie, a ponieważ sprzęt się nie pojawił - pojechali do domu. Były potem połajanki z organizatorem, aż sprawa trafiła do sądu. Ten przyznał rację Blue Cafe.

Oświadczenie zespołu w tej sprawie tu: Blue Cafe Wygrało Z Braniewem

Ważne w tej sprawie jest to, że niezapewnienie sprzętu zostało uznane przez sąd za niedotrzymanie warunków umowy koncertowej oraz to, że zespół jest w takiej sytuacji w prawie odstąpić od wykonania umowy. Być może, ridery techniczne będą nieco uważniej czytane przez organizatorów i fakt, że zespół nie zagra na byle czym wreszcie do nich dotrze.

Niestety. moja cyniczna natura skłania mnie do refleksji, że większość organizatorów pozostanie w błogiej nieświadomości całej sprawy. Poza tym, zapewne dalej będzie tak, że "jedni są lepsi, a drudzy są gorsi". Nie spodziewam się dramatycznej poprawy warunków grania dla nas w najbliższej przyszłości.

Miło jes jednak pomarzyć.
2009-03-06 16:24:20 skomentuj (0)


No i stało się! :) Muzyka Viridian dostępna na świecie!
Od kilku dni nasz album "Through The Looking Glass... And Beyond" jest dostępny na CD Baby, co umożliwia nabycie go praktycznie na całym świecie drogą internetową.
Nasz materiał można nabyć w całości w charakterze płyty, lub MP3, można też kupić poszczególne utwory.
Oczywiście płytę można kupić także bezpośrednio od nas, na przykład podczas koncertu.
Zainteresowanych naszą obecnością na CD Baby odsyłamy TUTAJ.
Nawet jeśli macie płytę, wolicie ją kupić za krajową walutę, albo też w ogóle macie ją gdzieś, obejrzeć nasz debiut w wielkim sklepie internetowym zawsze można :D

Po podzieleniu się z Wami tą radosną nowiną powracam do medytacji nad najbliższym koncertem Viridian, który będzie miał miejsce już w czwartek, 27.11.2008, w klubie Radio Luxembourg w Warszawie.
Zagramy tam razem z zespołem Yttrium.

A oto szczegóły:

Klub Radio Luxembourg, ul Górczewska 67
Wstęp: 19:00
Start 20:00
Bilety: 10 zł.

Zapraszamy!

Pozdrowienia
Nina

2008-11-25 13:57:52 skomentuj (0)


Kolejny sukces na OurStage!
Już po raz drugi udało się nam dotrzeć do ogólnomuzycznego finału na OurStage. Po raz pierwszy miało to miejsce w styczniu, kiedy "Restless" zwyciężył w kategorii metal. Tym razem "Fool's Carnival" zajął pierwsze miejsce w kategorii hard rock. W maju udało się nam zająć drugie miejsce na kanale rock z kawałkiem "Before You Leave".
OurStage to międzynarodowy muzyczny portal, na którym zwycięzców wyłania się przez głosowanie na zasadzie porównania losowo zestawianych ze sobą utwórów z danego kanału. Wylądowanie na szczycie w danej kategorii oznacza pozostawienie w tyle około pół tysiąca innych utwórów. Czyli wcale nieźle :)
Dziękujemy wszystkim, którzy na nas głosowali i pomogli nam po raz kolejny!

ROCK ON! :)
Nina

2008-11-01 18:46:24 skomentuj (0)


Viridian i Mayday Rock Festival
20 września.
Dzień to był dżdżysty, zimny, pochmurny. Jeden z takich dni wrześniowych, kiedy człowiek myśli z rozrzewnieniem "a dwa tygodnie temu był jeszcze upał..." i ma ochotę zostać pod kołdrą.
Nic z tego, moi państwo!
Bo oto Viridian bladym świtem, czyli około godziny dziewiątej rano, zbiera się pod salą prób, aby wywlec sprzęt i załadować go na przyczepę.
A potem - w siną dal! To znaczy do Głogowa, co w sumie na jedno wychodzi. Glogów leży na Wielkopolsce, mniej więcej 440 km od Warszawy. Koło sześciu godzin jazdy. Cudo!
Zapakował sie więc Viridian wraz z kierowcą i technicznym do pojazdu mechanicznego i ruszył na Mayday Rock Festival.

W pojeździe - radość pełna. Faza chory, Sephiroth chory, Aval chory, ja tez powoli zaczynam. Reszta zdrowa (jak się okazało parę dni później - do czasu).
Tak więc kichający i prychający bus toczył się sobie ku Wielkopolsce. Po drodze przerwa na śmieciowe żarcie, przy okazji której odkrylismy, że nawet jabłko nabyte w... khem... restauracji, które wygląda jak normalny owoc może zaiwierać bardzo niespodziewane niespodzianki. Na szczęście nie z tych żywych.

W Głogowie, po krótkiej niepewności terenowej, dotarliśmy do klubu Mayday. A tam - parę miłych niespodzianek (nie takich, jak te w jabłku). Natychmiastowe zainteresowanie organizatorów i obsługi, kawa na dzień dobry, identyfikatory, oddzielna, podpisana garderoba (a w każdym razie kanciapa z miejscami do siedzenia, stołem popielniczką i dwiema butelkami wody) z planem prób dźwięku i koncertu dekorującym uroczo drzwi od środka. Wszystko objaśnione, obsługa pomocna.
Był to pierwszy dzień festiwalu. Oprócz nas grały jeszcze trzy kapele: C.A.L.M., Mairess i Chemical Garage. No i, poza konkursem, gwiazda wieczoru - Cilice z Holandii.

Rozgościliśmy się więc, przygotowaliśmy wszystko i zalegliśmy w oczekiwaniu na próbę dźwięku. Częściowo w garderobie, częściowo w barze nad piwem.
Mnie choroba już zaczynała rozkładać na dobre, więc w ramach obiadu połknęłam przygarść tabletek i popiłam Coldrexem zaaplikowanym mi przez technicznego, którym był nie kto inny, jak Kastor.

Próba dźwięku.
Cóż. Klub dysponuje akustyką szkolenj sali gimnastycznej, więc przy pustej widowni efekt dźwiękowy był niezapomniany. Przy pełnej zresztą niewiele się zmieniło.
Ustawiliśmy się najprędzej, jak to było możliwe i wyruszyliśmy w poszukiwaniu obiecanego darmowego posiłku. I tu - ryfa. Obiecany darmowy posiłek był, ale jeszcze nie w klubie. Jechał sobie do niego dopiero i dotarł praktycznie przed samym naszym koncertem.
Nic to.

Koncert się zaczął, ludzie wlali się do klubu, ja dostałam gorączki :)
Mimo to, kiedy (jako trzeci) wyszliśmy na scenę zupełnie o tym zapomniałam. Jak to zwykle bywa, kiedy śpiewam chora, doznałam cudownego ozdrowienia na czas koncertu. Publiczność była świetna, bawiła się dobrze, reagowała żywiołowo. Był to chyba nasz najlepszy i najbardziej energetyczny koncert, przynajmniej z naszej strony. Ale też dla szalejącej, uradowanej i machającej głowami publiczności gra się nader przyjemnie. Nawet zagorzały zwolennik języka polskiego był chyba zadowolony, bo akurat w momencie, kiedy głośno wyraził zapotrzebowanie na jakiś trybut dla ojczyzny, przechodziliśmy właśnie do "Rozpędzonej".

Ze sceny zeszliśmy zgrzani, zmęczeni ale zadowoleni. Ale nie było czasu na myślenie, trzeba było szybko zwijać sprzęt, by ustąpić miejsca kolejnemu zespołowi.
Jeszcze parę słów z innymi kapelami, kilka chwil wytchnienia w garderobie i - do wozu! Przed nami wszak sześć kolejnych godzin jazdy.
Nie czekaliśmy na wyniki, które miały być ogłoszone po koncercie Cilice, mimo to, kiedy wyruszaliśmy, była już północ.
W busie każdy, poza kierowcą na szczęście (Tomku, jesteś bohaterem :P), próbował złapać jak najwięcej snu. Przed trzecią zatrzymaliśmy się na nader interesującej stacji benzynowej zawierającej sklep i restaurację, zeby nakarmić bak i nas.
Mówię Wam, kebab w polskim wydaniu bywa zjawiskiem nie z tej ziemi. Ludzie zgromadzeni w sali restauracyjnej, jak również nieciekawi panowie próbujący swego szczęścia przy maszynach do gier, rzucali nam dziwne spojrzenia.  Ale nie można ich winić - nie ma to jak banda muzyków rockowych z twarzami w kolorze nieświeżych zwłok, krecimi oczami i katarem.

Do Warszawy dojechaliśmy, kiedy było już niemal zupełnie jasno. Szybki rajd ze sprzętem (po schodach w górę, po schodach w dół i tak parę razy każdy) i towarzyswo mogło rozjechać się do domów.
Tramwaj numer 26 tego zimnego poranka wydawał mi się schodami do nieba :)
Muszę przyznać, że poza faktem iż lubię zwiedzać nowe miejsca, jestem koszmarnym domatorem i dostaję szoku kulturowego i tęsknoty za Warszawą zawsze, kiedy jestem poza nią. A długie, niewygodne podróże to w ogóle coś, co doprowadza mnie do szału.
Muszę kupić sobie samolot. :) (Podróz do Francji - 1.5 h, podróż do Głogowa 6 h - przekalkulujcie sobie sami :P)

Tak czy inaczej przystapiłam do odpoczynku w nadziei, że wyniki poznamy po przebudzeniu, zaglądając na stronę internetową festiwalu.
Gdzie tam.
O tym, że nagrodę publiczności (i przejście do kolejnego etapu) dostał Chemical Garage, dowiedzieliśmy sie z forum zespołu.
Natomiast fakt, że nagrodę jury (i przejscie do następnego etapu) otrzymał C.A.L.M. Sephiroth wytropił  na ichniej stronie następnego dnia.
Zresztą na oficjalnej witrynie festiwalu nie ma żadnych szczegółów po dziś dzień.

I tym razem nic nie wywalczyliśmy (niektórzy zapewne pamiętają nasz udział w  iławskich Rockowaniach w 2005), ale jedno jest pewne: tak responsywnej publiczności i takiego kopa w trakcie grania można nam zazdrościć.

Pozdrawiamy zespoły, które brały z nami udział w przeglądzie. Pozdrawiamy Głogów.
Zdjęcia z koncertu można obejrzeć TU, natomiast kilka fotek z podróży, wykonanych telefonem Sephitorha - TU.

Nina


2008-09-26 02:11:57 skomentuj (3)


A tak a'propos poprzedniej notki...


Ja też się nie sugerowałam niczyimi okładkami... wcale nie :)

Wasza Liściasta zielona, dziś rodem z Eire.
A teraz idę pić z łobuzami Faerie :)
2008-03-17 09:21:36 skomentuj (0)


Copycats...
W roku 1996 po raz pierwszy usłyszałam twórczość zespołu 0 Rh minus, czyli po ludzku mówiąc Type O Negative. Stało się to dzięki
 soundtrackowi z "Mortal Kombat", na którym znalazł się utwór "Blood & Fire (Out Of The Ashes Mix)". Bedąc stworzeniem piętnastoletnim i początkującym mrokiem, natychmiast poległam słysząc wokal Petera Steele'a. Jednak dopiero dwa lata później w moje ręce trafił cały album brooklyńskiego kwartetu. Oczywiście zakochałam się bez pamięci i rozpoczęłam kompletowanie dyskografii. Stałam się czymś, co spokojnie można określić mianem prawdziwego fana. W zasadzie type O Negative to jedyna grupa, której nagrania tak naprawdę kolekcjonowałam. Mroczno-erotyczne treści i kiczowate teksty traktowane przez większość słuchaczy jako podstawowy rys w twórczości TON, równoważone były przez kawałki brutalne, prześmiewcze, bardzo cyniczne, i mocno punkujące, które powodowały, że całość trudno było traktować romantycznie i "hormonalnie" :D
Dzięki bogom!
W międzyczasie rozpoczął się wielki boom na coś, co uważałam za dość słaba podróbkę Typów, czyli HIM.
Jednak panowie mimo mrocznego emploi i niskich, brudnych dźwięków, mieli dość ściśle określoną, własną ścieżkę muzyczno-tematyczną.
I oto kilka lat później, w momencie, kiedy wspaniały Peter Steele stał się już cokolwiek "drugiej świeżości" pojawiła się grupa The 69  Eyes - gotycki twór, którego wokalista starał sie wpisać w zwalnianą stopiowo przez Petera niszę. Mrok, farbowane na czarno włosy i niski, mruczący wokal.
Utwory takie jak "Gothic Girl", czy "Brandon Lee" czerpią pełnymi garściami z kiczowatej części twórczości Typów.
Ale nawet The 69 Eyes zaklepało sobie wreszcie własny kawałek muzycznej podłogi.
Czy na tym koniec?
A skąd.
Właśnie niedawno obwąchałam kolejnego Petera wannabe.
Zwie się Michelle Darkness (tak, ma damskie imię), obowiązkowo długie, farbowane włosy, blade oblicze, wokal, który miejscami trudno odróżnić od głosu Steele'a.
Na jego stronie MySpace w rubryce "wpływy" ani słowem nie ma wspomniane nic o Type O Negative, co jest dość dziwne, bo założę się o dowolną ilosć kasy, że wychowywał się na ich muzyce.

Jednak przy tak kompletnym braku czerpania z twórczości TON, najzabawniej prezentuje się okładka płyty tego artysty.
Dla porównania:
Okładka Type O Negative

Okładka Type O Negative

versus

okładka Michelle Darkness

Michelle darkness

Nieeeee... niczym się nie sugerował. Nigdy. Przenigdy.

Liściasta cokolwiek rozbawiona

2008-03-16 21:59:08 skomentuj (2)


"...we live in a world today where people listen to records with their eyes..."
"... and just having an incredible sound isn't enough"

A cóż to za światły cytat?
Ano - Liściasta obejrzała fragment programu (oczywiście produkcji hamerykańskiej) Pussycat Dolls  Girlicious. Wybrano do niego stadko dziewczątek w wieku późno nastoletnim, które w grupach wykonują rozmaite utwory przed publicznoscią i trzyosobowa komisją, opuszczaja program jak w Big Brotherze, a finał ma wyłonić kolejną dziewczęcą, w stu procentach sztucznie wykreowaną grupę muzyczną.
Prawdą jest, ze dziewczyny umieją śpiewać. Umieją, bo komisja jest surowa. Umieją też wyglądać. Program ma na caelu wyłonienie grupy panienek, które mają najlepsze warunki wokalne i fizyczne ku temu, by zostać przekształcone zawodowców w danej dziedzinie.
Przypomina to nieco trening japońskich gejsz, co samo w sobie nie jest złe.
Ale bardziej zastanowiło mnie to, co powiedział jeden z jurorów, a co znajduje się w tytule notki.
I sama nie wiem, czy mam się buntować, czy wzruszyć ramionami i przytaknąć. Show Pussycat Dolls Girlicious jest programem rzetelnym. dziunie robią co mogę, dają z siebie wszystko, każda z nich MUSI umieć śpiewać, tańczyć, wyglądać i w dodatku musi ewoluować, bo inaczej natychmiast odpadnie.
Jednak sama forma programu ma w sobie coś ohydnego. Wytwórnia hodująca sobie przyszłe pieniądze w osobach kilku panienek, showbusiness amerykański umniejszający wartość każdej z dziewczyn przez ich zastępowalność. Kiedy wyjdą te laseczki, co stanie się z poprzednimi Pussycat Dolls? Nicole z tego co wiem, wygrała właśnie taki program.
To już nie jest odkrywanie talentów. To jest hodowla. Uprawa mamony.
A to co powiedział pan z jury jest prawdą, ale takie działania tylko umacniają ten stan.
Teraz ludzie już nie umieją słuchać.
Jurorów nie znam (możliwe, ze jestem lamą) poza jedną panią, której obecność wszakże nie przydaje programowi splendoru. Jest nią Lil'Kim. Stworzonko, które całą karierę zrobiło na skąpych ciuchach i obscenicznym zachowaniu, a zaśpiewać czysto jednego dźwięku nie potrafiłoby chyba nawet, jakby zagrozili, ze jej całą kasę zabiorą i wsadzą do paki na kolejną odsiadkę.
Może wypadałoby, zeby jury było adekwatne...? No ale z drugiej strony... jest. Jesli ktoś zna sie na trzaskaniu kasy, to właśnie ona.

Liściasta
2008-03-13 10:57:34 skomentuj (1)


Jak słuchają w wytwórniach
Zabawnych rzeczy uczy się człowiek w najmniej oczywistych sytuacjach. Ostatnio na przykład nauczyłem się, jak w wytwórniach oceniane są zgłoszenia.

Od kliku miesięcy Viridian uczestniczy w internetowej liście przebojów OurStage. Pomysł jest o tyle ciekawy (dla tych co jeszcze nie wiedzą), że zamiast standardowego plebiscytu: "głosujcie na swoich znajomych" - trzeba wybierać pomiędzy wylosowanymi parami utworów, na zasadzie: który jest lepszy, a może oba na równym poziomie. Aby dopilnować tego, że głosujący zapoznał się z prezentowanym materiałem, skrypt strony wymaga, by wpierw przesłuchać min. 15 sekund każdego utworu.

O naszych sukcesach na OurStage nie miejsce tu pisać. Kto nie wie, niech zajrzy na stronę Viridian. Poza wystawieniem naszych utworów zdecydowałem się też głosować i to prędko nauczyło mnie patrzeć (lub raczej słuchać ;) ) tak, jak robią to ludzie z wytwórni.

Niegdyś czytałem (w Estrada i Studio bodajże) zalecenie, iż pierwszy utwór nagrany w ramach zgłoszenia do wytwórni powinien być zaaranżowany tak, iż najpóźniej po 15 sekundach wchodzi wokal. OurStage uczy nas dlaczego. Zdumiewa mnie liczba funkcjonujących tam utworów, które nie zaczynają się wcześniej niż po, na przykład, minucie. Zdarza się pierwsze 10 sekund ciszy lub odgłosy oceanu przez pierwsze 40 sekund, albo mój ulubiony ostatnio przykład buczenia przez 15 sekund. Ponieważ mam obowiązek słuchania tylko przez pierwsze 15 sekund, jeśli kawałek nie wciągnie mnie w tym czasie - przerzucam się na następny. Sprawa niby oczywista, a jakże często nieuświadamiana sobie przez kapele.

Polecam OurStage każdemu wykonawcy, który planuje szukać wytwórni, agenta, managera lub zamierza wysłać swój materiał gdziekolwiek, gdzie słucha się tego dużo. Niech wpierw posiedzi sobie i pogłosuje przez kilka godzin (najlepiej zresztą zanim wejdzie do studia) - taka zaprawa doskonale uczy, jak przygotować materiał.

Do przeczytania!
Faza

2008-02-07 11:39:27 skomentuj (2)


Noworoczne bicie piany
Mniej więcej w tym okresie każdego roku mnożą się podsumowania, predykcje i nadzieje. Kiedyś trzeba zrobić rachunek sumienia, a Nowy Rok w sam raz się do tego nadaje. Ułatwia to m.in. pracę dziennikarzy, bo niezależnie od tego, co w danym momencie się dzieje, jest czym wypełnić szpalty.

W tym duchu został też napisany artykuł Jaki będzie rok 2008 w kulturze? w GW (zamieszczony na portalu Gazetawyborcza.pl). Jak zwykle bywa w takich przypadkach, składa się nań litania nadziei pod adresem rodzimych środowisk kulturotwórczych, iż zaczną wreszcie produkować coś z czego będziemy dumni. I lament nad tym, że rok upływający nie spełnił tych nadziei.

Mam wewnętrzne przeczucie, że za rok czytał będę artykuł nie różniący się zanadto w treści. Mam nawet teorię dlaczego. O tym później.

Jedną ze zwerbalizowanych nadziei, która w szczególności przykuła moją uwagę (ze zrozumiałych względów), było to, że "nasi piosenkarze wreszcie zaczną pisać piosenki o czymś, a nie o niczym, jak teraz". Temat rozwija dalej w tekście Robert Sankowski.

To co przeczytałem, gdy wreszcie dotarłem do tego punktu, nie powinno mnie zaskoczyć. Jednak trąciło pewną strunę, której rezultatem jest ten post. Osoby o słabych nerwach uprasza się o nie czytanie dalej, bo teraz będę się pienił.

Otóż ja również chciałbym, żeby polscy autorzy piosenek pisali o czymś. Wydaje mi się to naturalnym oczekiwaniem każdego świadomego odbiorcy utworu, bądź co bądź, słowno-muzycznego. Mniej więcej w tym punkcie kończą się moje zbieżności z tekstem Sankowskiego.

Na miłość wszelkich bogów, jakich można sobie wystawić, ile razy można powtarzać to samo? Pozwolę sobie powiedzieć to od razu: Osiecka przez większość czasu odwalała chałturę, Kaczmarski jest dzieckiem swego czasu, a CKOD to kupa.

Rozwinę. Wychwalana przez wszystkich Agnieszka Osiecka była zręczną rzemieślniczką słowa, lecz większość jej tekstów (a ostatnio niestety miałem okazję być nimi zarzucony w dużej dawce) jest - dla tych uszu przynajmniej - wewnętrznie pusta. Nie dostrzegam tam artystycznej głębi płynącej z potrzeby serca, lecz po prostu zgrabne piosenki, które nie obciążają słuchacza potrzebą jakiejkolwiek reakcji. Dobre rzemiosło, artystyczna chałtura. Czego zresztą można się spodziewać po kimś kto tłukł teksty na zamówienie rano przed pójściem do kawiarni. Ale może nie powinienem narzekać, jest najlepszą autorką jaką mamy.

Gdzie byłby Kaczmarski gdyby nie stan wojenny i Solidarność. Ośmielę się stwierdzić, że nigdzie. Ma prawo być dzieckiem swej epoki - wszędzie są artyści, którzy byt swój stworzyli w ramach historycznego kryzysu. Gdy jednak ów kryzys przemija, trzeba znaleźć nowy punkt zaczepienia. Albo odejść. Jeżeli uważacie, że oceniam twórczość JK zbyt surowo, odpowiedzcie mi dlaczego ze wszystkich jego utworów dziś grywane są głównie "Mury" i "Obława"?

Powiem jeszcze jedno - ale mocno: granie Kaczmarskiego po knajpach pozbawione jest klasy i deprecjonuje to, co w jego twórczości było najważniejsze. Dziękuję.

Jeżeli mamy się cieszyć z tego, że w minionym roku furorę robiły odgrzewane kotlety a la Młynarski czy Kaczmarski, to faktycznie mamy problem.

Dochodzimy do młodych wielkich - Cool Kids Of Death. Nie ukrywam, że od momentu pojawienia się ich na polskiej scenie, pozostają wielkim, upierdliwym cierniem w mojej ukulturalnionej dupie. Nie rozumiem tylko, czy to ja znam zupełnie inny CKOD niż wszyscy inni, czy po prostu nasze środowiska opiniotwórcze są nie tylko głuche ale i ślepe.

Wybaczcie. Banda intelektualistów pozujących na chamów, brudasów i buntowników jest tak nieautentyczna jak tylko to jest możliwe. Punktem chluby ulubieńców naszej muzycznej krytyki jest to, że podpisali kontrakt z wielką wytwórnią muzyczną nie zagrawszy ani jednego koncertu - wyłącznie na podstawie przesłanego demo. Dużo to mówi o wiarygodności zespołu deklarującego się jako punkowy.

Być może, nie czepiałbym się ich tak bardzo, gdyby przynajmniej mieli coś ciekawego do powiedzenia, ale piosenki w stylu "Uważaj" albo "Butelki z benzyną i kamienie" są przykładem najgorszej pseudobuntowniczej szmiry, jaką zdarzyło mi się słyszeć. Co więcej, nawet nie można uznać ich za wyraz wewnętrznego głosu ludzi niefajnych, którzy mają fajnym za złe, że są fajni. CKOD to nie Sex Pistols, w ich "buncie" nie ma ani krzty autentyzmu. Gwiazdorka jaką odwalają od początku swej kariery czyni ich - jeśli o mnie chodzi - głównym celem tekstów które piszą. Znaleźli sobie komfortową niszę - niech będzie, ale ktoś powinien wreszcie powiedzieć, że jeśli chodzi o artystyczny autentyzm są za Dodą. Daleko za Dodą. Jeżeli oni mają być wzorem dla nowej fali twórców, to ja zgłaszam votum separatum.

Żółci wylanej na diagnozę i zalecenia kuracji polskiej sceny muzycznej zapewne byłoby dosyć. Byłoby, gdyby nie osobista wycieczka Sankowskiego w moim kierunku (kto czytał artykuł, zgadł już zapewne, o co chodzi). Kolega Sankowski oczywiście nie wie, że to wycieczka osobista, ale odpowiem na nią tak jakby była. Postaram się odpowiedzieć wyczerpująco, by raz na zawsze zamknąć temat.

O co chodzi? Standardowo, o "ukrycie za angielskim". Po raz ostatni - jeżeli ktoś faktycznie kryje się za angielskim (nie wątpię, że są tacy - słyszałem wystarczająco dużo marnych tekstów), to jest jego osobisty problem. Sprowadzanie wyboru języka do symptomu twórczej niemocy jest krzywdzące dla wszystkich, którzy decydują się pisać w tym języku.

Koniec usprawiedliwień. Po pierwsze, artysta ma prawo wyrażać swą twórczość takimi środkami, jakie uzna za stosowne - w tym za pomocą języka angielskiego. Po drugie, w dobie internetu obecność na rynku międzynarodowym nie mierzy się sprzedażą płyt, liczbą koncertów czy jakimikolwiek łatwo mierzalnymi kryteriami. Po trzecie, Tonic jest tysiąc razy uczciwszy od krytyków pokroju Sankowskiego, gdy z nadzieją w oczach prosi mnie, bym mu powiedział o czym jest tekst. Niestety streszczenie - ani nawet przetłumaczenie - nie odda artystycznej wartości tekstu (jakakolwiek by była). Stwierdzenie "ukrycie za angielskim" oznacza "nie rozumiem o czym jest tekst". Co sprowadza nas do: po czwarte, jeżeli komuś się nie podoba, że piszę po angielsku, bo nie rozumie o czym piszę, lub nie jest w stanie docenić niuansów doboru słów lub technik poetyckich ze względu na niedostateczną znajomość języka, ujawnia tym samym swoje ograniczenia - nie moje. Od tej chwili każdy kto powie mi: "napisz coś po polsku", usłyszy: "ucz się języków obcych". Mam powyżej uszu kwestionowania mojej artystycznej swobody.

Podsumowując przydługi wywód: w Polsce są utalentowani twórcy. Są kapele, które piszą dobre teksty. Są twórcy, którzy przynajmniej są autentyczni w tym co robią. Kapel punkowych, prawdziwych - nie malowanych - buntowników (skoro bunt ewidentnie zdaje się być zaletą w tekście) jest multum. Problemem jest to, że pies z kulawą nogą się nimi nie zainteresuje.

Wytwórnie płytowe wydają to, co w ich ocenie ma szansę się sprzedać. Business is business. Dopóki walor artystyczny materiału stanowi mniej istotny czynnik w sprzedaży niż uroda wykonawczyni, nacisk będzie kładziony na to drugie.

Ładna buzia nie wymaga wyjaśnień ani rekomendacji. Kształtowaniem gustu artystycznego powinny zaś zajmować się środowiska opiniotwórcze. Na przykład poważne media. To co przeczytałem dziś w Wyborczej utwierdza mnie jednak w przekonaniu, że nic się u nas nie zmieni. Skoro same środowiska opiniotwórcze promują bądź odgrzewane kotlety, bądź chałę, to ratunku znikąd już nie ma.

Tak naprawdę, uważam, że my po prostu
sami nie wiemy czego chcemy. Dopóki wspólny wróg, zaborca, okupant tworzy nam kulturową rację narodu, mamy jasne kryteria słuszności twórczej. Przy braku wyrazistej aksjologii tracimy głowę. Żyjemy w czasach, gdzie każdy osobiście musi nakreślić własny system wartości. Również w sferze kultury. Każdy osobiście musi zadecydować co jest ważne oraz w którym momencie ma do czynienia z twórcą, który faktycznie realizuje ten system wartości, a kiedy z farbowanym lisem. Droga do takiej świadomości prowadzi przez poznanie i krytyczne podejście do istoty twórczości szerokiej rzeszy artystów. Moim zdaniem, Polakom - jako społeczeństwu - wciąż brak takiego oglądu, więc łatwo nas wziąć na tanie świecidełka lub na twórczość wartościową, lecz już przebrzmiałą. Cały czas szukamy "cudzego", bo "swego" nie potrafimy poznać. Potraktujcie ten post jako wołanie na puszczy, lecz i kontrgłos w debacie.

Tyle, jeżeli chodzi o podsumowania i nadzieje. Nie wierzę, że coś się zmieni, ale pewne rzeczy powiedzieć trzeba. Wszystkiego dobrego w 2008!
Faza

P.S. Jak można łacno wywnioskować z tego posta, nie mam zbyt wysokiej opini o twórczości naszych rodzimych tuzów. Tych, którzy poczuli się urażeni, mogę zapewnić, że nie zmieszałem Osieckiej i Kaczmarskiego z błotem. Po prostu drażnią mnie już mocno przesadzone peany na ich cześć. Będę utrzymywał, że bierze się to z nadmiaru, a nie braku wiedzy. To, że nie lubię jednej ani drugiego nie czyni mnie ślepym na walory ich twórczości - nie widzę tam jednak jakichś niedosiężnych wyżyn. Pewnie dlatego piszę po angielsku - mam wyższy pułap do równania.

2008-01-02 19:42:02 skomentuj (3)


Podziemny samodział w XXI wieku
Viridian właśnie zakończył produkcję nowego nagrania i klipu. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się nam pracować tak szybko.

Zaczęło się od tego, że Villemann zarejestrował nas w projekcie SellaBand. Sam pomysł zasługuje na szersze omówienie jako odpowiedź na możliwości i zagrożenia dla muzyki w dobie powszechnego dostępu do Internetu. Może kiedyś do tego wrócę. W każdym razie, wkrótce po tym jak tam trafiliśmy, jeden z użytkowników - Phil Sommersby - ogłosił konkurs na utwór i/lub klip świąteczny. Można było zgłaszać albo własne utwory albo opracowania istniejących - warunkiem było to, by utwór był nowy (na SellaBandzie przynajmniej...). Konkurs ma formę plebiscytu, stawką są zaś udziały*. Przeczytawszy ogłoszenie o konkursie na forum SellaBand popatrzyłem na Ninę i rzuciłem propozycję: "A może my też coś zrobimy?" Od słowa do słowa, decyzja została podjęta.

Decyzja, decyzją, a wykonanie rzecz osobna. Pomysł na treść kawałka pojawił się praktycznie od razu, ale trza było jeszcze napisać muzykę i właściwy tekst. No i oczywiście to nagrać. Żeby nie było za łatwo, zespół robił w międzyczasie jeszcze inne rzeczy - choćby musiał przygotować się do kolejnych koncertów. Czas uciekał, termin zgłoszeń przybliżał się nieubłaganie, a nagrania nie było.

Wreszcie został nam tydzień. Kawałek na szczęście już był gotowy, a nawet przetestowany na koncercie. Padło hasło: nagrywamy. W poniedziałek wieczór zebraliśmy się jak na próbę, z jednym nowym elementem - komputerem.

Im dalej, tym bardziej zdaję sobie sprawę jak bardzo zmieniło się funkcjonowanie zespołu pod wpływem postępu technologicznego. Dawniej zarówno możliwości produkcji jak i dystrybucji muzyki były mocno ograniczone. Jeśli chodzi o wideo, to jeszcze bardziej. Dziś w domowych warunkach można zrobić praktycznie wszystko, gdy zaś posiada się pewien zestaw oprogramowania (bynajmniej nie dramatycznie wymagającego sprzetowo lub zaporowo drogiego) budżet produkcji zaczyna wynosić praktycznie zero.

Tak było i w tym przypadku. Nagrania trwały trzy dni - miksy tyleż samo. Koszt wynosił równowartość trzech paczek papierosów i dwóch piw w puszce. Jeśli chodzi o wideoklip, sprawa przedstawiała się podobnie, przy czym Ninie należą się specjalne wyrazy szacunku - udało się jej zmontować go w niecałą dobę.

Najważniejszą lekcją, która została mi mocno wbita do głowy przy okazji tych nagrań, była wartość umiejętności i doświadczenia w produkcji nagrań. Jest to ten element, którego technologia nam nie zastąpi. Osobiście mam wiele zastrzeżeń do jakości ostatecznego miksu (wykonanego, nota bene, przeze mnie) i będę starał się go jeszcze poprawić. Na szczęście zanosi się na to, że nie jest to ostatni taki nasz projekt. Będzie na czym się uczyć.

Płynie z tego też ogólniejsza nauka. W dzisiejszych czasach młody zespół nie powinien czekać na wsparcie dużych instytucji (wytwórni płytowych, mediów itp.), lecz raczej uczyć się robić własnymi środkami. Są narzędzia, jest mnóstwo dostępnej wiedzy, są kanały dystrybucji. Trzeba tylko opanować korzystanie z nich.

Efekty naszych prac obejrzeć możecie pod adresem:
http://www.youtube.com/watch?v=ZP8LQHTqRrI

My w międzyczasie snujemy już dalsze plany...
Faza

P.S. Wielkie dzięki dla Fianny i Janusza za zdjęcia do klipu, dla Piranii za użyczenie mikrofonów oraz dla wszystkich, którzy w klipie wystąpili.

* - SellaBand umożliwia słuchaczom inwestowanie w młodych wykonawców. Wykupując udziały po 10 dolarów, zbiera się budżet na nagranie płyty. Każdy wykonawca, który uzbiera kwotę 50.000 dolarów w udziałach, nagrywa i wydaje płytę; zyski zaś dzielone są między wykonawcę, inwestorów oraz portal. Nasz profil znajduje się pod adresem: http://www.sellaband.com/viridian - na portalu można uzyskać szczegółowe informacje o projekcie.



2007-12-17 12:01:39 skomentuj (4)


Gdy odchodzą muzycy...
Całkiem przypadkiem dotarła dziś do mnie informacja, że nieco ponad dwa tygodnie temu zmarł Kevin DuBrow - wokalista zespołu Quiet Riot.

Zdziwił mnie nieco fakt, iż mogłem tak długo nie zdawać sobie z tego sprawy - zwłaszcza, że nie izolowałem się wówczas od świata. Po prostu żaden z czytywanych przeze mnie serwisów o tym nie doniósł.

Quiet Riot nie był po prostu kolejną kapelą metalową w latach osiemdziesiątych. Był to pierwszy nagrywający zespół Randy'ego Rhoadsa, pierwszy zespół metalowy, który osiągnął szczytowe miejsce na liście Billboard (swoim debiutem "Metal Health"), zespół z dorobkiem kilku platynowych płyt i ok. 10 milionów sprzedanych egzemplarzy na świecie.

Ostatnio powrócili ze świetną płytą "Rehab" i ożywili swą działalność koncertową na świecie - dali m.in. bardzo dobrze przyjęty występ na tegorocznym Sweden Rock Fest. Miałem nadzieję, że uda mi się ich jeszcze zobaczyć...

Przykro mi, że nie usłyszę już kolejnych nagrań Kevina. Przykro mi, że pod koniec życia nie miał takiego uznania na jakie zasługiwał i przykro, że ten barwny i utalentowany showman zostanie najprawdopodobniej zapominany.

FZ
2007-12-05 21:14:23 skomentuj (1)


Czy warto?
Ostatnio staram się nadgonić nieco świat w zakresie promocji internetowej zespołów. Wiąże się to m.in. z tym, że zacząłem regularniej czytać blogi i serwisy muzyczne oraz mam na RSS-ie wiadomości muzyczne ze świata.

Wczoraj w serwisie BBC NEWS pojawiła się sprawa szwedzkiego portalu The Pirate Bay - wyszukiwarki plików do ściągania:
http://news.bbc.co.uk/1/hi/programmes/click_online/7120845.stm

Ponieważ sami nie udostępniają plików, teoretycznie ich działalność jest zgodna ze szwedzkim prawem.

W zeszłym roku władze Szwecji próbowały zamknąć portal - policja zrobiła nalot na siedzibę portalu i skonfiskowała serwery. Akcja wywołała ogromną falę protestów w Szwecji; powstała nawet Partia Piratów - trzecie co do wielkości ugrupowanie poza parlamentem. Trzy dni po nalocie serwis ponownie wystartował - jego serwery przeniesiono za granicę.

Tym do czego chciałbym się odnieść w całej tej historii jest przeświadczenie prowadzących The Pirate Bay o słuszności swoich działań. Oto kilka cytatów:

"Uważam, że kopiowanie jest w porządku. [Producenci] otrzymują pieniądze z tylu różnych źródeł, że dochody ze sprzedaży to tylko niewielka część.
Spójrzmy na ostatni film z Bondem. Jaki to był samochód? A, to było BMW. Jego telefon to Sony Ericsson. Nie sądzę by był to przypadek. Przypuszczam, że dostają mnóstwo pieniędzy za umieszczanie tych produktów w filmie."

O ściąganiu pirackich plików:

"Nie obchodzi mnie to. To jest najważniejsze: nie obchodzi mnie. Jeśli chcę coś, to biorę to, bo mogę. Niektórzy uważają to za moralne, ale sądzę, że to ja powinienem decydować."

O zagrożeniach kopiowania dla przemysłu rozrywkowego:

"Nikt nie płacze dlatego, że sprzedawcy lodu nie mają już zajęcia bo mamy lodówki."

(Tłumaczenie moje)

Ten ostatni cytat uważam za najtrafniejszy, a zarazem jest on inspiracją dla tytułu tego posta. W rzeczy samej, jeżeli nie ma popytu (popartego pieniądzem) to podaż nie ma sensu. Możliwe, że czasy przemysłu muzycznego się skończyły. Może nie warto nagrywać muzyki, skoro i tak jej nikt nie kupi.

Cytowany przeze mnie powyżej Peter Sunde uważa, że płaci za muzykę słuchając jej i dzieląc się nią ze znajomymi. No i piknie, ale jaka z tego korzyść skoro ani on ani oni za nią nie zapłacą.

Twierdzi też, że chodzi na koncerty. Możliwe, że tak. Na koncertach można zarobić. Zabawne, że przypomniała się mi w tej chwili rozmowa odbyta z Tonikiem jakiś czas temu. Porównywał granie koncertów z nami i granie koncertów z Zibim, dziwiąc się jak to ludzie na koncertach Wyciągniętych z Mesy szaleją, bawią sie itd. Koncerty Zibiego są za darmo a i tak są bardziej opłacalne dla kapeli niż koncerty Viridian, które są biletowane.

Wszystko to skłania mnie do zadania tytułowego pytania. Po co my to w ogóle robimy? W trakcie pięcioletniego żywota zespołu włożyliśmy weń kupę czasu i pieniędzy. Teoretycznie jest to inwestycja, ale może tylko się łudzimy? Może czas dać sobie spokój, ew. grać standardy do piwa, bo to się przynajmniej kalkuluje. Skoro ludziom nie zależy już na muzyce - przynajmniej nie na tyle, by za nią płacić - może czas faktycznie wziąć się za hodowlę pietruszki.

Tyle, że smutno jakoś...

Faza, nieco przygnębiony


2007-12-02 04:48:34 skomentuj (2)


Rock'n'roll łączy ludzi
Miło jest mieć uczucie, że to co się robi ma szerszy wymiar. Nie ukrywam, że nie bujałbym się tak długo z graniem muzyki przy tak marnych z tego profitach, gdyby nie pewne korzyści dodatkowe. Ostatnio miałem okazję doświadczyć jednej z nich.

W ten weekend zdarzyło nam się gościć dwóch muzyków z Francji - gitarzystę i basistę zespołu Demon Eyes. Kapela powstała jeszcze we wczesnych latach 80-tych, a obecnie zaczęła znów grać. Nina poznała ich przez MySpace, a że i tak mieli być w Polsce, nie mogliśmy się nie spotkać. Wyciągnęliśmy ich na Święto Piwa i rockowe karaoke w Bikersie oraz na imprezę urodzinową u nas w sali.

Nie obyło się bez trudności językowych - oni nie za bardzo po angielsku, większość znajomych również, a po francusku to już zupełna mogiła (jeden Kary stanął na wysokości zadania :D ). Jednak udało się nawiązać nić porozumienia.

Gdy już impreza miała się ku końcowi, miałem okazję pobrzdąkać sobie z nimi kilka metalowych standardów. Zabawnie się grało z kolesiami z kapeli, o której wiedziałem, że grała przed Slayerem; w której sali prób grywał niegdyś Venom i która razu pewnego holowała do hotelu zalanego w trupa Śp. Cliffa Burtona...

Chłopaki zdawali się mile zaskoczeni polską otwartością i gościnnością. Pozytywnie wypowiadali się o naszej muzyce. Mamy nadzieję z Tonikiem ściągnąć ich do naszego kraju razem z kapelą, aby zagrali chociaż raz. Wierzę, że nam się uda.

Zainteresowanych muzyką Demon Eyes odsyłam na ich stronę MySpace:
http://www.myspace.com/demoneyesmetal

Cokolwiek się jeszcze w naszej viridianowej historii wydarzy, dla takich okazji warto walczyć dalej z przeciwnościami...

Trzymajcie się ciepło! Rock on!
Faza
2007-11-26 01:42:30 skomentuj (2)


Głosuj!

2007-10-17 19:03:23 skomentuj (1)